Krzysztof alkoholik – moja droga

Moja dotychczasowa droga i zmiana, wydaje mi się z perspektywy czasu niesamowita. Kiedy spoglądam 20 lat wstecz i widzę zagubionego nastolatka, który pił trefny alkohol, odurzał się każdą dostępną substancją i obecnego Krzyśka, który dokładnie sprawdza co je, dba o zdrowie i nic nie musi, to czuję całe pokłady wdzięczności. Od pewnego czasu czuję, że warto się tym wszystkim dzielić – tak powstała ta strona. Ale nie zawsze było tak poprawnie.

Piłem od dziecka

Miałem jakieś 12 lat, gdy pierwszy raz sięgnąłem po alkohol. Pomógł mi na chwilę zapomnieć o stresującej sytuacji w domu, samotności, lęku i niskim poczuciu własnej wartości. Był jak lekarstwo, które przynosiło ukojenie w ciągu kilku sekund. Myślę, że właśnie dlatego wszedłem w picie niemal natychmiast i korzystałem z każdej okazji. Nie bez znaczenia był też wzorzec, który wyniosłem z domu – koniec pracy = alkohol. Nie znałem innego sposobu na przykre uczucia.

Po rozwodzie rodziców zmieniłem miejsce zamieszkania i wszedłem w nowe środowisko, w którym dzieciaki z problemami przyciągały się jak magnesy. Cały czas wagarowałem, regularnie piłem, paliłem i odurzałem się innymi substancjami – niektóre z nich były skrajnie niebezpieczne, ale nie myślałem o konsekwencjach. Miałem wtedy 13-14 lat. Cały okres dorastania spędziłem głównie wśród osób o podobnych zainteresowaniach. Na początku szkoły średniej przeniosłem się nawet do gorszej klasy, bo było tam kilku kolegów, którzy pili i palili marihuanę – stwierdziłem, że tam będzie mi najlepiej. Przez kilka kolejnych lat moje myśli koncentrowały się głównie na spotkaniach ze znajomymi i na piciu.

Gdy miałem 18 lat, zacząłem pić coraz dłuższymi ciągami i doświadczać zespołu abstynencyjnego ( trudne do zniesienia objawy po odstawieniu alkoholu). Na tym etapie wiedziałem już, że z moim piciem jest coś nie tak. Pamiętam jak pierwszy raz obiecałem sobie, że z tym kończę. Gdy na drugi dzień stałem w wiejskim sklepie z otwartym piwem poczułem dziwny lęk. Zobaczyłem wtedy, że nie jestem w stanie kontrolować swoich zachowań, że tracę wolność. Jednak mechanizmy choroby szeptały do mnie: „Masz dopiero 18 lat”, „Jak będziesz już gotowy, to przestaniesz” itp.

Przez kilka kolejnych lat sytuacja stopniowo się pogarszała. Za każdym razem było podobnie – wielodniowy ciąg picia , wielodniowe dochodzenie do siebie, przysięga, że nigdy więcej, pewien okres abstynencji i wszystko od początku. Przyszedł taki moment, że nie wracałem już do domu, a spałem byle gdzie na mieście, aby mieć bliżej na starówkę, gdzie zarabiałem na picie grając na gitarze. To był totalny korkociąg, który skończył się już po dwóch miesiącach. Trafiłem na pierwszą terapię.

Typowe błędy podczas pierwszej terapii

Moje podejście do pierwszej terapii mogłoby być pomocą naukową „Czego nie robić”. Przede wszystkim nie spodobała mi się terapeutka indywidualna więc zadecydowałem, że będę chodził tylko na grupę. Była to grupa wstępna, gdzie nauczyłem się trochę o głodzie alkoholowym i podstawach zaleceń. Niestety nie rozumiałem zbyt wiele, skoro zadawałem się z pijącymi ludźmi i od czasu do czasu popalałem marihuanę – myślałem, że pojęcie trzeźwości odnosi się wyłącznie do alkoholu. Ta grupa nie trwała długo, gdyż wyburzali budynek ośrodka, a ja uznałem, że zdobyta wiedza w sumie wystarczy i nie szukałem kontynuacji.

Przez 2,5 roku nie piłem alkoholu – głównie dzięki temu, że pamiętałem koszmar ostatniego ciągu. Jednak niemal codziennie spotykałem się z pijącymi ludźmi, wyjeżdżałem na alkoholowe wakacje czy koncerty. Co jakiś czas paliłem marihuanę – uważałem, że mam prawo się czasem rozluźnić skoro nie piję. Żyłem z dnia na dzień, miałem dużo kompulsji, którymi regulowałem swoje emocje. Marzeniowo planowałem wyprawy, na które nie miałem pieniędzy i wiele innych. Nie miałem żadnego kontaktu z terapią, mitingami i innymi alkoholikami. W mojej głowie pojawiała się myśl „już nigdy w życiu się nie napiję.

Tuż przed wakacjami babcia poprosiła mnie o przypilnowanie mieszkania. W środku nocy pomyślałem, że fajnie byłoby się napić z kolegami przy najbliższym wyjeździe nad morze. Chwilę później stwierdziłem, że skoro tak, to przecież mogę zrobić to teraz. Po kilku minutach siedziałem z otwartą puszką przeterminowanego piwa, które wcześniej mignęło mi w lodówce. Rano byłem już pod sklepem.

Czas nie jest sposobem na leczenie alkoholizmu

Dotkliwie się przekonałem, że przerwa liczona w latach, w żaden sposób nie leczy alkoholizmu. Co więcej – doświadczyłem na własnej skórze, że przy zapiciu po tak długiej przerwie, można spaść o kilka poziomów w dół.

Picie nad morzem trwało jakieś 10 dni i niewiele z niego pamiętam. Pewnego dnia obudziłem się rano z przekonaniem, że umieram. Czułem, że zaczynam rozpadać się na kawałki i że jest bardzo źle. Wziąłem butelkę wody i poszedłem w okolice plaży. Zaczęły się objawy psychozy alkoholowej. Stojąc nad brzegiem morza zacząłem słyszeć z nieba donośne głosy. „My też jesteśmy Chrystusami”, „Czy myślisz, że tym razem uda Ci się przeżyć?” i inne. To był prawdziwy koszmar i cholernie się bałem. Miałem halucynacje słuchowe, wzrokowe, czułem, że mam piach w ustach i że chodzą po mnie mrówki. Byłem na granicy świadomości – wiedziałem tylko, że jest bardzo kiepsko.

Omamy w mniejszej formie trwały jeszcze kilka dni – tym razem wyśmiewające – za każdym razem, gdy mijałem grupki ludzi słyszałem „zobacz jak on wygląda”… Z osłabienia dostałem też ropnego zapalenia skóry – na całej twarzy miałem małe rany, które rozsiewały się od byle dotknięcia. Przyjaciółka z Poznania poszła ze mną do szpitala po antybiotyk, bo nie miałem już złamanego grosza i nie byłem w stanie nic ogarnąć – dziękuję Beatko.

Tak mniej więcej wyglądało u mnie małe piwo po kilku latach przerwy. Oczywiście znów obiecałem sobie, że nigdy w życiu nie tknę alkoholu. Jednak tym razem przerwa trwała krócej – dokładnie 7 dni.

Przez następne pół roku miałem jeszcze kilka dużych ciągów i dwie próby podejścia do terapii. Okresy między zapiciami drastycznie się zmniejszały – nie zdążyłem dojść do siebie i znów zaczynałem.

Ostatni ciąg alkoholowy i szpital

Gdy przyjechał do mnie kolega ze Szczecina, mieliśmy postanowienie, że nie pijemy. Jednak idąc na zakupy zmieniliśmy zdanie. Kolega pojechał, ja piłem dalej. Jednak przyszedł moment, że mój organizm już nie wytrzymywał. Jeszcze nie odstawiłem alkoholu, a już zaczynały się cholernie ciężkie objawy – wiedziałem, że coś jest nie tak i że tym razem sobie nie poradzę.

Był środek nocy, ale poprosiłem o zawiezienie mnie do lekarza. Lekarz powiedział krótko – na SOR do szpitala.

Na ostrym dyżurze spędziłem całą noc podłączony do kroplówek, ale mocno cierpiałem miałem nadzieję, że jakoś przeżyję.Chciałem aby to wszystko się już skończyło. Z samego rana na całym SORze rozległ się donośny głos – „panie Mrozowski, zawieziemy pana na konsultację do szpitala psychiatrycznego”. Odpowiedziałem, że bardzo fajnie.

Detoks w szpitalu psychiatrycznym – rozmowa z terapeutą i zmiana podejścia

W szpitalu psychiatrycznym okazało się, że mam w sobie jeszcze alkohol, który trzeba najpierw wypłukać. Po kilku godzinach miałem krótką rozmowę z miłym lekarzem na izbie przyjęć. Zapytał kolejno jaki mamy dziś dzień, jaki miesiąc i jaki rok. Nie umiałem odpowiedzieć na żadne z pytań. Usłyszałem tylko: „dobrze, przyjmę pana na detoks”.

Na oddziale leczenia ostrych zespołów abstynencyjnych pierwszy raz doznałem nadziei, że może jakoś przetrwam. Dostałem niezliczone ilości kroplówek i zestaw leków, które zmniejszyły potworne objawy odstawienia. Doznałem ogromnej ulgi, ale na pewno nie czułem się normalnie.

Pobyt w tym miejscu budził różne emocje. Był bardzo miły personel, poznałem kilku ciekawych ludzi, ale też zobaczyłem cierpienie innych uzależnionych, mających omamy, krzyczących, pozapinanych w pasy. Niektórzy z nich mówili potem, że nie mają żadnego problemu z alkoholem – poczułem wtedy siłę mechanizmu zaprzeczania.

Pod koniec pobytu miałem rozmowę z Piotrkiem, który przychodził z sąsiadującego ośrodka terapii. Zapytał czy chcę iść do nich na terapię zamkniętą. Zacząłem coś kręcić o pracy i mojej wizji innej terapii. Ale gdy powiedział, że moje metody doprowadziły mnie do tego miejsca, w którym jestem obecnie, to coś we mnie pękło. Uznałem, że faktycznie nie mam już nic do stracenia. Zapisałem się tego samego dnia i poddałem się biegowi zdarzeń.

CDN.



2 Komentarze

Piotr · Sierpień 29, 2019 o 7:16 pm

Cześć, dzięki za podzielenie się Twoją historią i za bloga też dzięki. Artykuły są ciekawe i dobrze się czyta. Podcast też super.
Początki mojej choroby są podobne do twoich. Również zacząłem bardzo wcześnie i przez lata odużalem się alkoholem i narkotykami, nie widząc w tym żadnego problemu. Nikt też nic nie mówił. Albo raczej nie chciałem słyszeć. Ostre picie i palenie trwało 20 lat. Dzisiaj nie pije i biorę. Mam prawie 1,5 roku. Ciekawe to co napisałeś o tym że czas nie leczy z alkoholizmu. Dobre przypomnienie dla mnie.
Pozdrawiam serdecznie, życzę lekkiego pióra i pogody ducha 😊

    Krzysztof Mrozowski · Październik 26, 2019 o 10:25 pm

    Piotrze, bardzo dziękuję za Twoja opinię. Powodzenia i Pogody Ducha!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *